niedziela, 22 września 2013

15 - "Oh, if only, If only you knew., Everything I do Is for you."

Ze snu wyrwało mnie ciche uderzanie kropelek deszczu o zewnętrzny, metalowy parapet. Kap, kap, kap. Jedna po drugiej niczym oczka rozerwanej bransoletki spadały z nieba drobniutkie łezki, by po chwili rozpłaszczyć się na srebrzystej powierzchni.
Przetarłam zaspane oczy dłonią i złapałam się za głowę, chcąc w ten sposób zniwelować przeszywający ból w okolicy skroni. No tak, gdy imprezuje się do białego rana z tą grupą szaleńców nietrudno o jakiekolwiek bolesne dolegliwości.
Przeciągnęłam się w łóżku, po czym odrzuciłam kołdrę na bok i wyszłam na taras, który powoli, sekunda po sekundzie coraz bardziej nasiąkał wodą. Wzięłam głęboki wdech i głośno wypuściłam powietrze z płuc. Lubiłam taką pogodę. Była ukojeniem dla najbardziej postrzępionych nerwów, relaksowała zmęczone myśli, uspokajała. Często w dzieciństwie razem z Amelią biegałyśmy po podwórku, skacząc przez największe kałuże. Obie uśmiechnięte, wesołe, beztroskie, ubrane w czerwone płaszczyki i za duże kalosze. Były to niewątpliwie najlepsze czasy, jakie było mi dane przeżyć. Nasze koleżanki i koledzy lubili upał, słońce w zenicie i jasne niebo nad głową. My cieszyłyśmy się z szarości jesiennego poranka, z ulic, które czasami były wręcz nieprzejezdne od nadmiaru wody i  świeżego zapachu, który wręcz pobudzał do życia.
Po upływie kwadransa zamknęłam szczelnie drzwi balkonowe i udałam się do łazienki, aby zażyć kojącego prysznica. Wyszłam z niego obudzona i całkowicie rozgrzana. Tego mi było trzeba po tym męczącym pochlejewie. Dziarsko wskoczyłam w luźne dresy i zbiegłam na dół, do sali jadalnej, aby razem z  resztą skonsumować sycące śniadanko.
W sali jadalnej jak zawsze rano, było niewiele osób, jednak stoły zostały pozastawiane bardzo obficie. W kącie dostrzegłam grupkę moich wariatów, do których doczłapałam po chwili, niosąc talerz z sałatką owocową.
- Cześć pajace - przywitałam się "uprzejmie" i pocałowałam każdego w policzek, zasiadając wygodnie przy stole. Każdy z nich pałaszował co innego i wesoło spoglądał w moją stronę, a z ich twarzy jak zawsze nie schodził radosny uśmiech. Idioci. 
- Słuchajcie, wpadłem na genialny pomysł - zakomunikował Szczęsny, dławiąc się swoją owsianką -Wczoraj pomyślałem, że fajnie by było wybrać się gdzieś za miasto, odpocząć od zatłoczonego Dortmundu. Reprezentacja wróciła już do kraju, ja mam dwa tygodnie przerwy w meczach w Premier League, a wy zaczynacie spotkania dopiero w przyszłym tygodniu. Co powiecie na mały wypad na jachty? Może pogoda niekoniecznie nastraja na tego typu wypady, ale na pewno się rozpogodzi - zapewnił rozpromieniony i z wyczekiwaniem spojrzał na każdego z osobna.
Nikt nie bardzo kwapił się na takie odległe wyprawy, bo byliśmy raczej typem grupy, która spędza czas dosyć statycznie, najczęściej przed konsolą, albo w barze przy piwie, a ten tu wyskakuje z wypadem na jachty. Ma chłopak pomysły!
- Mnie pasuje - jako pierwszy odezwał się Reus, przygryzając kawałek bułki. - I tak nie mamy co robić popołudniu - stwierdził i posłał Wojtkowi promienny uśmiech. 
- Mnie w sumie też - poparł go Mario, a za chwilę Mitch, Kuba oraz Marcel.
- A ty Gabrysia? Chcesz pojechać? - bramkarz skierował we mnie swoje nieziemskie oczęta i wyczekiwał odpowiedzi. - Chodź, będzie fajnie - zapewnił i uniósł kciuk w górę.
- Dobra, niech stracę, ale jak coś mi się stanie, to obiecuję, że powydłubuję każdemu oczy i wystawię na akcję charytatywną - odparłam, wzruszając ramionami, co wywołało u nich niepohamowany wybuch śmiechu. No tak, ADHD Turbo Max się włączyło. 
-Okej, skoro wszyscy są pozytywnie nastawieni do mojego pomysłu, to możemy ruszać już po śniadaniu. Zabierzcie jakieś rzeczy na niepogodę, żarcie i spotkajmy się o dziesiątej pod hotelem. Tylko, żeby nikt mi się nie spóźnił! - zakończył rozmowę Wojtek i udał się do swojego pokoju. 
Idąc korytarzem do mojego apartamentu zastanawiałam się, gdzie podziała się Amelia. Ostatnio bardzo rzadko ze sobą rozmawiałyśmy, bo dziewczyna prawie cały wolny czas spędzała z Robertem. Czułam, że nasza przyjaźń, trwająca niemal od zawsze, powoli się rozpada mimo, że obiecałyśmy sobie wierność do końca życia. Najwidoczniej Nowaczyk wolała chłopaka od zaufanej przyjaciółki, która była przy niej zawsze, kiedy tamta tego potrzebowała. Postanowiłam poinformować ją o naszym porannym wyjeździe nad morze, toteż zamiast skręcić w lewo, poszłam kilka kroków dalej, by stanąć przed drzwiami jej pokoju.
Uderzyłam beznamiętnie pięścią w mahoniową powierzchnię, ale kiedy po raz trzeci odpowiedziała mi głucha cisza, bez zastanowienia wparowałam do środka gdzie, ku mojemu zdziwieniu nie zastałam żadnej żywej duszy.
Łóżko było porządnie zaścielone, okna szczelnie pozamykane, a w szafach leżaly pojedyncze bluzki i kilka par spodni. Nie lepiej było w łazience. Dodatkowe żele pod prysznic i szampony były całym jej wyposażeniem. Co tu jest grane?! Obróciłam się ze złością na pięcie i jak oparzona wyleciałam z pokoju, kierując się w stronę lokum chłopaków. Oni i Robert byli przyjaciółmi, więc chłopak na pewno ich poinformował, że gdzieś się wybiera.
- Może mi ktoś powiedzieć gdzie do cholery jest Robert i Amelia? - krzyknęłam na całe gardło i popatrzyłam na piłkarzy, którym cień zaskoczenia leniwie przemknął po niewyspanych twarzach.
- Jak to gdzie? We Francji... - odparł spokojnie Marco i uśmiechnął się w moją stronę.
- W jakiej kurwa Francji?! - rozłożyłam zrezygnowana ręce.
Chłopak wydął usta w bladym uśmieszku.
- To ty nie wiesz?
- A wygląda na to jakbym wiedziała? - odpowiedziałam z goryczą w głosie, czując jak do oczu napływają mi łzy. Wybuch płaczu za trzy...dwa...
- Lewy zabrał twoją przyjaciółkę na tydzień do Paryża, bo stwierdził, że w tej zapchlonej dziurze, jaką jest Dortmund nie mają co robić. Myślałem, że Amelia wszystko ci powiedziała, więc nawet nie zaczynałem tematu - odparł poważnie i poprawił swoją nienaganną fryzurę. 
- Aha... - odrzekłam  cichutko i uśmiechnęłam się smutno, kierując swoje kroki do własnego pokoju.
Zrozpaczona, nieszczęśliwa i przygnębiona owinęłam się ciepłym kocem i siadając przy grzejniku w łazience odpaliłam papierosa. Straciłam przyjaciółkę. Straciłam przyjaciółkę. Straciłam przyjaciółkę. Straciłam...
To zdanie tak ciężko przechodziło mi przez gardło... Nie mogłam zrozumieć dlaczego Amelia zachowała się w taki sposób, dlaczego się ode mnie odwróciła wtedy, kiedy  jej najbardziej potrzebowałam. Bardziej niż kogo innego. Obiecała mi pomagać, wspierać, pocieszać i doradzać, a co zrobiła? Wyjechała ze swoim ukochanym, pozostawiając mnie samą z problemami i miłosnymi rozterkami. Całkiem samą. Bo komu ja miałam się wyżalić, no komu? Reusowi, Wojtkowi, a może Mario? Nie, oni i tak by nie zrozumieli. Kobieta jest całkowicie odmiennym stworzeniem. Nie postrzega świata tak jak mężczyzna. Ma zupełnie inne problemy, które dla osobnika płci męskiej są tylko głupią błahostką. Jedną, wielką, głupią błahostką, o którą nawet nie ma sensu się zadręczać...
Zaciągnęłam się trującym smakiem papierosa i głośno zapłakałam. Ta sytuacja. Nie radziłam sobie z nią. Przerosła mnie. Przerosła. Oparłam ciężką głowę o ścianę i wydmuchałam szary dym, a po moim policzku popłynęła łza. Jedna, druga, piąta, dziesiąta... Rzewna i żałosna.
- Gabrysia, kochanie, jesteś tutaj? - usłyszałam troskliwy głos Mario, który ściągał buty w korytarzu. - Gabi? Boże... - wszedł do łazienki w z wrażenia upuścił bluzę na podłogę. - Co się stało, czemu płaczesz i czemu palisz, Gabrysia! - podbiegł do mnie, posadził na kolanach i wyjął fajkę z rąk.
- Mario, Amelia... Ja... Straciłam przyjaciółkę, straciłyśmy kontakt, to tak boli... - mówiłam nieskładnie i wtulając się w tors przystojnego bruneta, zapłakałam cicho. - Ja nie wiem jak to dalej będzie, to jest trudniejsze niż ci się wydaje...
- Ciii, nie płacz już. Wszystko się na pewno wyjaśni... Wiem, że wyjechali. Myślałem, że Amelia ci powiedziała... Nie płacz, Gabrysia... - mówił i gładził mnie dłonią po plecach, wywołując niekontrolowaną euforię. Popchnęłam go lekko do tyłu i usiadłam okrakiem na jego nogach, delikatnie muskając wargami szyję chłopaka, który po chwili objął mnie w talii i dociskając do zimnej, kafelkowanej ściany zaczął natarczywie całować. Nawet nie protestowałam. Nie chciałam. Potrzebowałam tego, jak nigdy dotąd. Potrzebowałam jakiegokolwiek pocieszenia, a w tamtym momencie było to najlepsze pocieszenie jakie mogłam sobie wymarzyć, naprawdę.
Poczułam jak jego dłonie delikatnie wędrują pod moją luźną koszulkę i błądzą niewinnie po plecach. Uśmiechnęłam się szyderczo pomiędzy seriami pocałunków i zabrałam się za odpinanie guzików jego koszuli. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale było to nadzwyczaj nietypowe. Wtem do łazienki wparował Marco z plecakiem na plecach i cholernie zdziwioną miną na twarzy. No tak, nie często spotyka się dwójkę "przyjaciół", którzy namiętnie całują się w kiblu. O boże...
- Eee, nie żebym wam przeszkadzał, ale wszyscy już stoją na dole i czekają na was - poinformowała i uśmiechnął się złośliwie. - Dokończycie później, skarby - dodał i przeczesując swoją perfekcyjną fryzurę, wyszedł na zewnątrz.
Niechętnie podniosłam się z chłodnej podłogi, zabrałam papierosy, koc i zaczęłam pakować swój podręczny bagaż. Po upływie dziesięciu minut z pełnym ekwipunkiem zjawiliśmy się z Mario pod hotelem.
- Co wyście tam tak długo robili? - zapytał Schmelzer z niewinnym uśmieszkiem i spojrzał znacząco na naszą dwójkę.
- Nie chcesz wiedzieć - zarechotali piłkarze i wrzucili moją sfatygowaną torbę do bagażnika niedużego vana Wojtka. - Jedźmy już - dokończył Marco i usiadł na tylnim siedzeniu stylowego samochodu.
Po upływie pięciu godzin byliśmy już nad morzem w Rugii, miejscowości, w której Szczęsny wynajął specjalnie dla nas prestiżowy jacht. Przeprowadziliśmy uprzejmą rozmowę z właścicielem, dowiedzieliśmy się którędy najlepiej płynąć i jak steruje się tym cudeńkiem, a po zapewnieniu, że będziemy ostrożni i niezwykle uważni, ruszyliśmy przed siebie. Przed nami rozciągał się niezwykły krajobraz morski. Delikatne fale z piętrzącą pianą co chwila ginęły w zbiorniku turkusu. Niebo miało bajecznie błękitny kolor, któremu towarzyszyły białe dodatki w postaci niewielkich chmur. W oddali było słychać pokrzykiwanie mew oraz szum otwartego morza. Całkowita cisza i spokój. Relaks dla duszy i ciała. Wojtek, to był strzał w dziesiątkę.
Jako mała dziewczynka byłam niezwykle zaciekawiona odległymi, wodnymi wyprawami. Lubiłam patrzeć na drżącą w podmuchu wiatru wodę, skąpany w złocie słońca drobny piasek i radość na twarzach dzieci, które z przyjemnością budowały rozmaite budowle nad brzegiem. Niestety, to wszystko oglądałam w salonie, na szklanym ekranie telewizora. Uwięziona w mieście, przykuta do zatłoczonego centrum, siedziałam smutno wpatrując się w kolorowe widokówki, które słały mi ciocie z różnych zakątków świata. Kreta, Turcja, Bornholm, Francja, Włochy, Rzym, Portugalia. Moja tablica korkowa w pokoju była przyozdobiona "całym światem". Pięknym, niezgłębionym, a tym bardziej niedostępnym dla małej dziewczynki z wielkimi marzeniami. Westchnęłam cicho i wtuliłam się w ramiona Gotzego, który siedział na drewnianej ławeczce i tak jak ja przyglądał się scenerii. Bramkarz Arsenalu i Roman siedzieli na pokładzie dziobowym i raźno rozmawiali o ubiegłych sezonach piłkarskich. Marcel wraz z Kubą i Kevinem rżnęli w karty, a Reus i Hummels prowadzili zawiłą konwersację o silnikach samochodowych.
Przymknęłam oczy i pozwoliłam moim nozdrzom napawać się tą cudowną wonią wolności. 
Nagle poczułam lekki powiew wiatru, który przysporzył moje ciało o dreszczyk. Podmuch z każdą sekundą stawał się coraz silniejszy, aż w końcu zmusił mnie do podniesienia powiek. Nieskazitelnie czyste niebo spowiło się w nieprzyjemnej szarości, a falujące morze nabrało porywczego charakteru. Zadrżałam, poprawiając rękawy fioletowej bluzy, którą pożyczyłam od Mario. Chłopacy zaczęli zwijać żagle i chować cały zapas piwa do podpokładowego pokoiku. Płynęliśmy ku portowi, jednak był on za daleko, aby dostać się do niego jeszcze przed przybyciem nawałnicy. Poczułam jak o moją skórę zaczynają uderzać krople wody. Jedna po drugiej, spływały pojedynczo po stalowej konstrukcji jachtu. Ubraliśmy kurtki przeciwdeszczowe i stabilnie trzymaliśmy się solidnej konstrukcji "pojazdu". W tyle usłyszeliśmy huk, spowodowany uderzeniem pioruna i charakterystyczne grzmienie, któremu towarzyszył potężny wiatr razem z ulewą. Fale nabierały coraz to większej wysokości, powodując że jacht zaczynał wręcz po nich surfować. Piłkarze świetnie się bawili, biegali po pochylającym się pokładzie, udając, że są pijani, śmiali się, gawędzili, kompletnie nie świadomi konsekwencji takiego zachowania. Przecież woda to nieposkromiony, nieokiełznany i nieprzewidywalny żywioł, któremu  w żadnym wypadku nie należy ufać, ani robić sobie żartów. Zmarszczyłam brwi, patrząc na ich dziecinne wybryki i właśnie wtedy poczułam jak część wzburzonej fali z całą siłą uderza o kadłub, chluszcząc lodowatą, słoną wodą dookoła. 
- Chłopaki, przestańcie, to nie jest śmieszne! - krzyknęłam, chcąc doprowadzić ich do porządku. - Komuś może stać się krzywda! - wołałam, przez zagłuszający dźwięk zimnego deszczu. 
Oni jednak totalnie zlali to, co do nich powiedziałam i z rozbawionymi minami bawili się w "Titanica". Puściłam się drewnianej poręczy ławeczki, której do tej pory kurczowo się trzymałam i skierowałam swoje kroki w kierunki tych idiotów. 
- Gabi, co ty robisz? Zostań tutaj do cholery! - wrzasnął za mną Mario i ruchem ręki nakazał wrócić do siebie. - Gabrysia! Chodź tutaj! Oni są dorośli, wiedzą co robią! Nie ryzykuj! - odkrzyknął w odpowiedzi, na wskazanie przeze mnie głową celu mojej "wycieczki". Popatrzyłam chwilę na niego i powoli zaczęłam wracać do poprzedniego punktu obserwacji. Wtem jacht pod wpływem silnej fali zakołysał się i nieznacznie wyskoczył do góry. Wielka partia morskiej wody uderzyła o dziób i pokryła ciekłą substancją pokład. Wykonałam jeszcze jeden krok do przodu i poczułam jak runę z impetem na ziemię, wyprowadzona z równowagi przez zawistny żywioł. Zjechałam po śliskiej powierzchni jachtu, uderzając głową o metalową barierkę i niemal nieprzytomna z pulsującą raną w skroni wpadłam jak śliwka w kompot do lodowatej wody. Przed oczami miałam ciemność, jedną wielką ciemność i zimno, które obezwładniało filigranowe kończyny. 

Mario

Usłyszałem zgaszony przez podmuch wiatru krzyk Gabrielli i jej porcelanowe ciało bezwładnie wpadające do bezdennego zbiornika. Poczułem łzy smutku w oczach i paniczny strach, który przeszył moje ciało. Boże! Przecież ona się utopi! Muszę jej pomóc! Ja pierdole, ona nie może umrzeć!
- Człowiek kurwa za burtą, człowiek! - wrzasnąłem i zabrałem się za zdejmowanie koszulki. Ostry chłód jesiennego wiatru uderzył w mój tors. Wskazałem chlopakom dłonią dryfującą pod powierzchnią posturę Gabrysi i nie czekając na jakiekolwiek komentarze zanurzyłem się w bezkresnej czerni, chcąc jak najszybciej wyratować dziewczynę z morderczych ramion akwenu. 
Woda była piekielnie zimna, usztywniająca najbardziej ruchliwe członki mojego ciała. Musiałem działać szybko. Impulsywnie zacząłem przebierać w wodzie rękoma, próbując odnaleźć ciało ukochanej. Zanurkowałem w wodzie. Pustka. Kompletna pustka. Zrozpaczony rozejrzałem się wokoło. Nic. Ani śladu mojej Gabrysi. I co teraz? Zanurkowałem ponownie narażając się na nieprzyjemny nacisk wody. Poczułem inną dłoń, ocierającą się o moją. Jej dłoń. Drżącymi rękoma wydobyłem ją na powierzchnię i z pomocą chłopaków z drużyny wyjąłem zmarzniętą dziewczynę z wody. Przerażeni owinęliśmy ją szczelnie w koc i czekaliśmy aż sztorm ucichnie, wolno zmierzając do brzegu. 
Jej ciało było całe zesztywniałe. Klatka piersiowa w nierównych odstępach unosiła się do góry. Oddech miała świszczący. Twarz bladą, usta mocno posiniałe.Nie ruszała się. Leżała pośrodku nas nieprzytomna i pozbawiona życia. 
- Gabrysia - szeptałem - Gabrysia, kochanie, słyszysz mnie? - wołałem łamiącym się głosem - Kochanie...
Zacząłem tracić nadzieję, moje serce coraz bardziej pękało, lada moment mogła odejść ukochana, a my nadal dryfowaliśmy ku brzegowi. Każda minuta była na wagę złota. 
Zbliżając się do portu przestała oddychać, a twarz jeszcze bardziej jej pobladła. Łzy stanęły mi w oczach. To nie może być koniec... 

____________________________________________________________________
Wiem, zawaliłam, zawaliłam po całości. Zawiodłam was, moich czytelników. Zawiodłam wasze zaufanie. Nie dodałam rozdziało. Wybaczcie... Przepraszam...
Mam teraz tyle na głowie, w weekend tylko siedzę i się uczę, a w tygodniu po kolei zaliczam, piszę, odpowiadam i trenuję. Nie mam czasu na opowiadanie. Wiem, że tracę czytelników. Jest was i tak mało. Nie chcę kończyć tego opowiadanie, nie chcę zamykać bloga, chcę tu pozostać, ale muszę mieć dla kogo.
Pisanie odcinka nie idzie mi tak łatwo. Potrzebuję czasu, aby napisać coś konkretnego, przemyślanego. Poświęcam na to naprawdę dużo czasu, cholernie się staram, aby wszystko trzymało się kupy. Piszę dla siebie, ale przede wszystkim dla was. Dla was nie śpię po nocach, by wymyślić kolejne wątki, dla was zarywam powtarzanie z chemii, aby wreszcie dodać rozdział. Poświęcam się, bo mi na was zależy. Proszę, nie podcinajcie mi skrzydeł, nie zostawiajcie mnie. Chciałabym mieć więcej czytelników, komentarzy, chciałabym być znaną blogerką. Pozwólcie mi to zrealizować.Każdy wasz komentarz sprawia, że czuję się doceniona, szczęśliwa. Po prostu bądźcie ze mną na dobre i na złe, a ja postaram się wam to wynagrodzić w odcinkach. Kocham was.  
Kolejny postaram się dodać za tydzień, trzymajcie się...
Sog.

niedziela, 8 września 2013

14 - "Give a little time to me, or burn this out We'll play hide and seek to turn this around And all I want is the taste that your lips allow."

Z powrotem do hotelu wróciliśmy grubo po piątej. Każdy był zmęczony, spity w trzy dupy i nieobecny, toteż rozstaliśmy się w milczeniu i rozeszliśmy do swoich pokoju. W biegu ściągnęłam z siebie buty i marynarkę i bezwładnie opadłam na łóżko, marząc o natychmiastowym zaśnięciu. Gdy tylko na chwilę przymknęłam powieki, usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i posturę przystojnego szatyna, który zdjąwszy buty, położył się obok mnie. Miał ciężki, świszczący oddech i kręcił się po posłaniu niespokojnie. Postanowiłam, że nie będę go zadręczać zbędnymi pytaniami i pozostawiając go sam na sam z własnymi myślami, udam się do łazienki, żeby zmyć z siebie resztki pamiętnej imprezy, której nie zapomnę do końca wyjazdu.
Właśnie, jeżeli chodzi o ową imprezę...
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby tak się zachować wobec Mario. Podniecił się chłopak i wyszło co wyszło, ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że nie wiedziałam co będzie dalej. Nie wiedziałam, czy on potraktował to jaką zwykłą "zabawę", czy pod tymi namiętnymi pocałunkami kryło się coś więcej niż po pijackie, niekontrolowane zachowanie.Musiałam z nim o tym w najbliższym czasie porozmawiać. Nie lubiłam pytań bez konkretnej odpowiedzi.
Z tą myślą spłukałam z siebie resztki malinowego płynu, którym obdarowała mnie mama na święta i opatulając się w ręcznik, rozpoczęłam wykonywanie "wieczornych rytuałów".
Po upływie dwudziestu minut z powrotem pojawiłam się w sypialni. Gotze spojrzał na mnie spode łba, uśmiechnął się blado i idąc moim śladem, zaszył się w łazience. Ja tymczasem okryłam się szczelnie satynową kołdrą i z myślą o szybkim zaśnięciu, ułożyłam się wygodnie na poduszce.

Mario

Mimo, iż od naszego namiętnego zetknięcia na imprezie upłynęło już trochę czasu, w myślach nadal siedzi mi jej idealne ciało, delikatne usta i uśmiechnięta twarz. To, w jaki sposób całowaliśmy się dzisiejszego wieczoru, upewniło mnie w tym, że muszę zawalczyć o swoje uczucia, muszę zawalczyć o Gabrysię. Kochałem ją całym sercem, całą duszą, nie mogłem przestać o niej myśleć choćby przez sekundę.
Dobrze, że Amelia podeszła do mnie i wygarnęła wszystko, co miała mi do powiedzenia. Uświadomiła, jakie błędy popełniłem, zobrazowała cierpienie Kochmańskiej i przedstawiła jak sytuacja wygląda "po drugiej stronie". Teraz na pewno wiedziałem, że trzeba się wziąć w garść i przestać grać w te cholerne podchody. Postawmy w końcu sprawę jasno. Nie jesteśmy dziećmi.
Myjąc zęby, usłyszałem szczeknięcie drzwi, a wraz z nadchodzącymi krokami polską mowę bramkarza reprezentacji. Nagle zrobiłem się dziwnie podejrzliwy i niespokojny. Wiedziałem, że chłopak podkochuje się w Gabrysi i stara się ją zbajerować przy pierwszej lepszej okazji. Odłożyłem szczoteczkę na szafkę i przyłożyłem oko do dziurki od klucza, czego po chwili niezmiernie pożałowałem.

Gabriella

Krótko po wejściu Gotzego do łazienki, w naszym pokoju pojawił się "lekko" podchmielony Wojtek. Uśmiechnął się do mnie promiennie i zamknąwszy drzwi, usiadł naprzeciwko.
- Mam problem, czy Pani Psycholog mogłaby udzielić mi pomocy? - spytał cicho i zarumienił się nieznacznie.
- Teraz Wojtuś? - zrobiłam błagalną minę - Zaraz będzie świtać, w ogóle nie spałam, twarz mi odpada, a ty przyszedłeś po radę? - rozłożyłam rozpaczliwie ręce.
- Zgadza się - odpowiedział, posyłając mi zadowolony uśmiech. - Proszę, nie mogę tego dłużej dusić w sobie.
- Nawijaj. 
- No więc - odchrząknął znacząco - Mam kłopot w sprawie sercowej. Otóż zakochałem się w pewnej pięknej niewieście. Od jakiegoś czasu się przyjaźnimy i czuję, że to co między nami jest powoli przeradza się w miłość. Jestem jej oddany, uwielbiam jak mówi, jak się śmieje, jak tańczy czy płacze. Uwielbiam ją w każdym kawałeczku. Mógłbym spędzać z nią każdą wolną chwilę i czuję, że ona to odwzajemnia. Nie wiem tylko jak to sprawdzić. Co mam zrobić, aby dać jej do zrozumienia, że mam dość przyjaźni i chcę wkroczyć w coś poważniejszego? Jak mam to okazać? 
- Boże, Wojtek, nie jestem specem w tej dziedzinie - pokręciłam niezadowolona głową - Jednak postaram się pomóc. Koniecznie dużo z nią rozmawiaj i przebywaj, integrujcie się wzajemnie. Musisz dokładnie ją poznać, wiedzieć, co lubi jeść, czego słucha, w co się ubiera, jakie cechy charakteru ją opisują, jak zachowuje się w danej sytuacji. Dzięki temu będziesz mógł przewidzieć niektóre wydarzenia i niekiedy obrócić ich bieg, tak, by było to dla ciebie korzystne. Dziewczyna musi też widzieć, że się nią interesujesz. W chwilach słabości udziel praktycznej rady, pociesz, zaproś na kawę, czy do kina. Spędzaj z nią dużo czasu, zabieraj w ciekawe miejsca. 
Kiedy będzie wam dobrze szło, możesz spróbować trochę z nią poflirtować, przytulić, szepnąć słodkie komplementy do ucha, albo zwyczajnie w świecie pocałować. Jej reakcja na taki gest, będzie kluczową odpowiedzią na nurtujące ciebie pytania - powiedziałam i uśmiechnęłam się do chłopaka pokrzepiająco.

Mario

Po tej pięknie przedstawionej radzie, Gabrysia uśmiechnęła się do Wojtka i oparła głowę o poduszkę, nie spuszczając z niego wzroku. W tym momencie Szczęsny pochylił się nad nią, objął w pasie i zaczął namiętnie całować. Poczułem jak wszystko się we mnie gotuje, jak wrze i dymi. Jak on mógł? Przecież wiedział, że się o nią staram, że próbuję nas złączyć, że idzie nam coraz lepiej. On był paskudnym egoistą. Chciał zatrzymać ją dla siebie mimo, że Kochmańska wcale tego nie odwzajemniała. 
Przysiągłem, że będę walczyć i chyba nadszedł na to czas...

Gabriella

Po chwili niezręcznej ciszy, poczułam usta bramkarza Arsenalu na swoich. Pieścił je namiętnie pocałunkami, nie zważając na otaczające go okoliczności. Początkowo odwzajemniałam te zaloty, jednak dopiero po chwili dokładnie sobie wszystko przeanalizowałam. Co ja wyprawiam? - w mojej głowie powstało to oto pytanie. Kocham Mario, próbuję nas do siebie przybliżyć, usiłuję zwabić go do siebie skąpym strojem i boskim uśmiechem, a teraz migdalę się na łóżku ze Szczęsnym? Boże, to nie logiczne. 
Wtedy zapaliło się czerwone światełko. Stop, koniecznie muszę zakończyć ten cyrk, na zbyt wiele mu pozwoliłam. 
- Wojtek, kurwa, co ty robisz? - wrzasnęłam i gwałtownie odepchnęłam chłopaka. - Pojebało cię?
- No co? Stosuję się do rad biegłej Pani Psycholog - odparł zadowolony i obojętnie wzruszył ramionami. 
- Gdybym wiedziała, że tą dziewczyną jestem ja, w ogóle bym ci ich nie dawała. Wypieprzaj stąd, słyszysz? - krzyknęłam, czując jak moje oczy zaczyna zasłaniać fala łez. - Kocham kogoś innego, nie rozumiesz?!
Wtedy do pokoju wszedł Gotze z nietęgą miną. Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie gniewnie. No pięknie, co za kanał. 
- To już chyba wiem kogo kochasz - Wojtek spojrzał spode łba w kierunku pomocnika BVB, który stał w drzwiach łazienki i przyglądał się zaistniałej sytuacji. - Jasne, okej, rozumiem, twoje serce jest zajęte. Kiedy ciało A kocha ciało B, to ciało C się nie wpierdala. Jednak pamiętaj, ja będę czekał. Zawsze możesz na mnie liczyć, wrócić i się wypłakać. Zawsze cię wysłucham, zrozumiem, pocieszę. Zawsze. Kocham cię - to powiedziawszy Wojtek wyszedł z pokoju, zostawiając mnie w całkowitym osłupieniu. Gorzej już chyba być nie może, no właśnie chyba...
- Mario... - szepnęłam i złapałam chłopaka za rękę. Ten jednak wyrwał ją raptownie, odwrócił się na pięcie i wyszedł z pomieszczenia. No to świetnie. Kochmańska jak zawsze musi coś spierdolić, musi, bo bez tego by się nie obyło. 

Mario

Wyszedłem z pokoju z mieszanymi uczuciami, niezadowolony z tego, co tam zastałem. Wiem, że moje zachowanie i zazdrość były nieuzasadnione, bo nie byliśmy jeszcze parą. No właśnie, JESZCZE. Nasze relacje powoli szły ku przodowi i czułem, że wkrótce będziemy razem. Planowałem nawet zapytać ją o chodzenie w tym tygodniu. Nie wiem dlaczego tak to odwlekałem. Byłem idiotą, ale to już zapewne wiadomo. Poza tym żywiłem nienawiść do Wojtka. Myślałem, że trzymamy sztamę i przyjaźnimy się. 
Jak on mógł zrobić mi takie świństwo? Wiedział, że Gabrysia mi się podoba i wszyscy próbują nas ze sobą zeswatać, wiedział, że całowaliśmy się już kilkakrotnie i wiedział też, że nie ma u niej szans. Po co dawać za wygraną i dążyć do celu, mimo widocznych niepowodzeń, których będzie tylko przybywać.  Zdenerwowany uderzyłem pięścią w ścianę i oparłem o nią czoło. Nie mogłem wrócić do apartamentu. Nie chciałem narażać Gabrysi na moje humory. Musiałem na spokojnie przeanalizować to wszystko, musiałem jakoś odreagować. Postanowiłem jak zawsze poradzić się mojego przyjaciela Reusa. Na niego mogłem liczyć zawsze. 
Bez chwili namysłu skierowałem się w stronę drzwi, do których wiódł długi korytarz. Trzykrotnie zapukałem do drzwi i po prostu wszedłem do środka, nie czekając na jakiekolwiek pozwolenie. 
Kiedy przekroczyłem próg, złość dała się we znaki już kolejny raz. Naprzeciwko Marco siedział Wojtek i najspokojniej w świecie rozmawiał z nim o tym co przed chwilą miało miejsce. Myślałem, że wybuchnę. Trzeba mieć tupet, żeby bagatelizować i śmiać się  z takiej poważnej sprawy. Dla niego to było zabawne, a mnie wręcz rozrywało na strzępy. 
Szczęsny spojrzał na mnie z politowaniem i uśmiechnął się szyderczo, do tego wzruszając obojętnie ramionami. O nie koleś, teraz to przesadziłeś.
- Co cię tak bawi sukinsynu? Spierdoliłeś wszystko! Myślisz, że nie widzę jak na nią patrzysz? Ślinisz się na jej widok, wiem, że ona cię podnieca. Zrobiłbyś wszystko żeby z nią być, ale wiesz co? Ja na to nie pozwolę! Ona jest moja, kocham ją i już niebawem będziemy razem, więc lepiej pozostań na swoim podwórku, chyba że szukasz guza palancie - wydarłem się i wypchnąłem go za drzwi. - Odpieprz się! - warknąłem na koniec i załamany usiadłem na skraju łóżka przyjaciela. 
- Reus ja już nie mam siły! Znajdź mi jakiegoś psychologa albo najlepiej psychiatrę, bo nic innego już mi nie pomoże - powiedziałem i zamknąłem twarz w dłoniach.
- Akurat tak się dobrze składa, że znam takowego - powiedział z uśmiechem i wyciągnął zza kanapy jakiś alkohol. - Nazywa się Jack Daniels - odrzekł i podał mi kieliszek wypełniony trunkiem, który zniknął w mgnieniu oka. Potrzebowałem tego.
- Mario, dlaczego wy nadal gracie w te pieprzone podchody? - spytał nagle Reus i popatrzył na mnie ze złością, głośno stawiając szklankę na stół - Kłócisz się z innymi, przysparzasz sobie problemów, jesteś nieszczęśliwy, nie wiesz jak masz postępować. Nie możesz jej po prostu zapytać o to chodzenie, powiedzieć, co czujesz? Musisz wiecznie udawać, że między wami nic nie ma i odwlekać to w nieskończoność? Nie zależy ci? Chcesz wiecznie żyć w niedosycie? Kurwa człowieku, głupie "kocham cię" załatwi sprawę. Tak ciężko ci to zrobić?
- Marco, to nie tak... - niepewnie podrapałem się po głowie.
- A jak do cholery? Nie widzisz, że ona cierpi? Że się zamartwia i mimo bólu stara uśmiechać? Chciałbyś żyć w takiej niepewności? Ile ty masz lat człowieku? Pięć? Nie możesz w końcu czegoś postanowić, postawić sprawy jasno? Boże, krzywdzisz sam siebie.
- Marco ja naprawdę chcę jej to powiedzieć, chcę się przełamać, ale boję się że znowu coś spieprzę, że ją zranię.
- Nie bardzo rozumiem - Reus zmarszczył brwi i spojrzał na mnie wyczekująco.
- Chodziliśmy kiedyś ze sobą - powiedziałem na co mój przyjaciel wybałuszył już na starcie oczy ze zdziwienia. - Mieszkała z rodzicami na obrzeżach Memmingen, często przyjeżdżała do miasta. Poznaliśmy się w jakimś centrum handlowym. Wpadła na mnie znienacka i wylała kawę na nowe buty. Pamiętam jaki byłem wtedy wściekły. Zaprosiła mnie w ramach rekompensaty na ciastko. Trochę porozmawialiśmy, pośmialiśmy się i oczywiście wymieniliśmy numerami, a potem jakoś wyszło, że się w niej zakochałem.
Byliśmy razem bardzo szczęśliwi, kochałem ją. Niestety nadszedł ten nieszczęsny rok 2009. Zacząłem współpracę z Borussią, więc musiałem wyjechać. Byliśmy cholernie nieszczęśliwi, myśląc o długiej rozłące. Wiedziałem, że będzie ciężko, jednak obiecałem częste przyjazdy, telefony, spotkania. Pierdolenie w bambus. Co z tego, że obiecałem, jak nie dotrzymałem słowa? Zadzwoniłem kilka razy, odwiedziłem ją i na tym się skończyło. Wdrożyłem się w świat show-biznesu i całkiem o niej zapomniałem. Byłem młody, głupi, nieodpowiedzialny i nie godny takiej kochającej dziewczyny. Ona wiernie czekała i wypłakiwała z tęsknoty oczy w poduszkę, gdy ja w tym czasie lizałem się z panienkami w klubie. Zraniłem ją rozumiesz? Cholernie ją zraniłem i nie wiem jak poprowadzić to wszystko do przodu. Nie wiem czy ona zaufa mi drugi raz, da kolejną szansę. Nie chcę by to cierpienie powróciło. Gabrysia zasługuje na szczęście.
Widzisz to zdjęcie? - spytałem, podając mu fotografię z Czarnogóry, na co chłopak skinął twierdząco głową. - Ta prośba o chodzenie ma być bardziej oficjalna i spektakularna, musisz mi pomóc...


________________________________________________________________________

Przepraszam mordki, że tak późno dodaję, ale naprawdę nie miałam innej możliwości. Nie dość, że rozpoczęcie roku nadeszło to jeszcze rozwalił mi się zasilacz od laptopa, który leżał rozładowany w biurku :C Tekst powyżej jest nudny jak flaki z olejem, wiem. Postaram się poprawić jakoś w najbliższym czasie.
Mam nadzieję, że nadal jest ze mną te kilka osób, które czyta te wypociny i komentuje :)
Postaram się po nadrabiać zaległości u was i wyrazić opinii na temat waszych rozdziałów, ale najpierw muszę ogarnąć się ze szkołą. Kompletnie nie dociera do mnie, że w przyszłym roku mam egzamin. Już na starcie zapowiadają nam powtórki, testy, kartkówki, projekty. Głowa mnie boli jak o tym pomyślę.
Rozdziały postaram się dodawać co sobotę, trzymajcie się ciepło kochane. Buziaki ;*


środa, 4 września 2013

Quick information :c

Kochane! Przepraszam was za tak długą przerwę w rozdziałach. Niestety ładowarka od mojego laptopa zepsuła się i nie mogę przez to właczyc komputera :< Postaram się w krotkim czasie zredukować tę usterkęi dodać odcinek. Teraz pisze na telefonie, jednak jest to bardzo niewygodne i trudne w opublikowaniu dluzszego tekstu. Z góry bardzo przepraszam. Do konca tego tygodnia postaram sie cos wymyslic.
Kocham was, Sognante :*

niedziela, 25 sierpnia 2013

13 - "It's not really anything he said or anything he did, It was the feeling that came along with it."

 Obudziło mnie delikatne łaskotanie po ramieniu. Uśmiechnęłam się do siebie i przewróciłam na drugi bok, chcąc odtrącić natarczywy "budzik", który mimo mojego protestu nie zamierzał przerwać wykonywanej czynności. Otworzyłam najpierw jedno, później drugie oko i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że zamiast Amelii obok mnie leży Mario. Momentalnie podniosłam się do pozycji siedzącej i zdenerwowana zaczęłam analizować poszczególne fakty. Nie pamiętałam dlaczego z nim spałam, nie pamiętałam co robiłam, nie pamiętam czy coś piłam. Boże.
- Coś się stało Gabrysia? - z zamyśleń wyrwał mnie głos chłopaka, który wpatrywał się we mnie z niepokojem. Popatrzyłam na niego chwilę i z ulgą opadłam z powrotem na poduszkę. No tak, eureka, wczoraj płakałam, on mnie pocieszył i zaprosiłam go do siebie w efekcie czego zwyczajnie jak para przyjaciół zasnęliśmy w jednym łóżku. 
- Nie, w porządku - odpowiedziałam  z opóźnieniem i wtuliłam się w jego tors. Gotze przytulił mnie, a wolną ręką gładził po włosach. Było mi tak cholernie dobrze. Gdyby ktoś dwa miesiące temu powiedziałby, że znowu go spotkam i będę na nowo odbudowywać nasze relacje, wyśmiałabym go. Teraz na pewno wiem, że nigdy nie warto rezygnować z marzeń. Nigdy.
Wtem ni stąd ni zowąd do pokoju wparował Marco na czele z Wojtkiem, Marcelem, Mitchellem i Kevinem. Popatrzyli na nas zdziwieni i wymienili między sobą zdezorientowane spojrzenia. No tak, nie trudno się domyślić co w tamtym momencie pomyśleli. Zboczeńcy jedni. 
Raptownie odsunęłam się od Mario, nałożyłam jego bluzę i poszłam do łazienki trochę się odświeżyć przed kolejnym dniem. Szczelnie zamknęłam się na klucz, ściągnęłam ubrania i wskoczyłam pod ciepły prysznic.
Kiedy rozgrzana wyszłam z kabiny i owinęłam się w ręcznik, szybko przebiegłam wzrokiem po prywatnej saunie i zrozpaczona stwierdziłam, że nie wzięłam ubrań z pokoju.  Nie mogłam nic lepszego wymyślić, więc zdecydowałam, że po prostu narażając się na obleśne spojrzenia tych zdemoralizowanych piłkarzyków wejdę jak gdyby nigdy nic do apartamentu i zabiorę coś do ubrania. W końcu jestem u siebie i mam prawo paradować w ręczniku, kiedy chcę. 
Nacisnęłam klamkę mahoniowych drzwi i zaciskając dłoń na beżowym materiale, weszłam do pomieszczenia. Momentalnie wszystkie pary oczu skupiły się na mnie i moim "odzieniu", uśmiechając się słodko. 
- Dobra, dobra, bez przeginek, ja tylko po ubranie - fuknęłam na nich i odwracając się plecami do publiczności, wydobyłam miętową sukienkę z szafy.
Po upływie dziesięciu minut razem z resztą zeszłam na śniadanie, którym pachniało w całym hotelu.
Stoły były syto zastawione najróżniejszymi potrawami, zaczynając od popularnej jajecznicy i kończąc na pięknie podanym tuńczyku. Nałożyłam sobie jedzenie na talerz i dosiadłam się do stolika w kącie, gdzie pysznościami zajadała się cała gromada dzikusów. 
- Pięknie wyglądasz kochana - Amelia pocałowała mnie w policzek i pociągając Roberta za rękę, skierowała się do stołu, aby wybrać coś, co odpowiadałoby jej wrażliwym kupkom smakowym.
- Oni się tak cudownie dobrali, prawda? - rozmowę zaczął Wojtek i zerknął w kierunku uśmiechniętej pary. - Wyglądają ze sobą przepięknie. 
- Masz rację, zgodzę się, ale uważam, że Gabrysia i Mario pasują do siebie bardziej - podjął temat Marco. -   Gabrysia Goetze jak to ślicznie brzmi. Mogę być świadkiem na waszym ślubie? - zaśmiał się.
- To jak ty będziesz świadkiem to ja chcę być ojcem chrzestnym waszego dziecka! - zawołał Mitchell i uśmiechnął się szeroko. 
- Czekaj, czekaj, na dziecko to za wcześnie. Najpierw chłopak musi się jej oświadczyć, ciekawe kogo weźmie do pomocy w wyborze pierścionka! - powiedział Marcel, na co wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. 
- Tak, tak, prowadźcie sobie dalej tę luźną rozmowę i wcale nie zważajcie na to, że siedzimy tuż obok - sarknęłam lekko skrępowana ich wymianą zdań na nasz temat. - Jesteście niemożliwi.  
- No błagam. Chyba nie macie zamiaru wiecznie ukrywać, że jesteście tylko przyjaciółmi? - Marco popatrzył na nas pytająco, ale po braku otrzymania odpowiedzi wzruszył ramionami i powrócił do poprzedniej czynności. 
- Nie wiem czy pamiętasz, ale nasza cudowna reprezentacja gra dzisiaj wieczorem mecz z Niemcami w Austrii i liczy na wsparcie. Przyjedziecie po dopingować? - zapytał po chwili Szczęsny, przeżuwając kolejny kęs sałatki.
- Ojejku, to już dzisiaj? Jak ten czas leci! - zawołałam, przypominając sobie wspólną, pierwszą rozmowę, w której zostałam poinformowana o tym wydarzeniu. - Oczywiście, że będziemy. Jak mogłybyśmy pozostawić was bez jakiejkolwiek podpory duchowej - uśmiechnęłam się do bramkarza i podniosłam się z krzesła. - Dziękuję, w razie czego znajdziecie mnie w pokoju - rzuciłam na odchodne i udałam się w stronę wyjścia. 
 Kiedy doszłam do mojego apartamentu, zciągnęłam z siebie niewygodną kreację, pozostając w koronkowym staniku, na który założyłam bluzę pomocnika Borussi. 
Rozwaliłam się na łóżku, włączyłam głośno muzykę i zajęłam się własnymi myślami. 
Po upływie pół godziny wyciszyłam nieco urządzenie i usłyszałam trzykrotne uderzenie w drzwi. Zeskoczyłam z posłania, zakryłam nieco wyłaniające się kształty mojego ciała i otworzyłam dobijającemu się osobnikowi. Ku mojemu zdziwieniu w korytarzu stał Mario z dwiema walizkami u boku.
- Boże, coś się stało? Wyprowadzasz się? - popatrzyłam na niego z niepokojem. Nie, on nie może wyjechać, nie teraz, błagam. 
- Tak, wyprowadzam się do ciebie - uśmiechnął się zadziornie i pocałował mnie w policzek. - Nie pozwolę byś cały dzień siedziała w pokoju sama i wypalała w powietrze swoje problemy. Mam nadzieję, że mnie przyjmiesz - popatrzył na mnie wyczekująco.
- Wchodź, zawsze jesteś tutaj mile widziany - uśmiechnęłam się do niego serdecznie i gestem ręki zaprosiłam do środka.
Chłopak zadowolony przekroczył próg pokoju i zaczął rozstawiać swoje rzeczy na półkach w garderobie i w łazience. Byłam w siódmym niebie. Niczego innego tak bardzo nie pragnęłam, jak gościny obiektu moich westchnień w pokoju. Będziemy ze sobą niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, będziemy codziennie sobą spać i budzić się w jednym łóżku. Jak ja o tym marzyłam! 
Kiedy Mario skończył rozpakowywać swoje manele, położył się obok mnie na łóżku, objął ramieniem w pasie, przyciągając mocno do siebie i szepnął na ucho:
- Denerwuję się wiesz? Chciałbym wygrać dzisiejszy mecz, każda strzelona bramka będzie dla ciebie. 
- Dziękuję, to niemiernie miłe z twojej strony, na pewno dacie radę, trzeba uwierzyć we własne możliwości - odpowiedziałam i przejechałam mu dłonią po policzku. Matko Jezusowa, jaki on jest zabójczo słodki! Chyba będę miała cukrzycę! 
On w odpowiedzi uśmiechnął się promiennie i przybliżył nas do siebie, czego konsekwencją była niewielka odległość dzieląca nasze twarze. Czułam jego spojrzenie na ustach, zapach  perfum obezwładniający moje płuca, ciepły oddech na skórze i ponętny uśmiech. Serce automatycznie podskoczyło mi do gardła, a w żyłach popłynęła adrenalina. Jak ten facet na mnie działał! 
Złożyłam dłonie na jego karku, przekręcając go w ten sposób nad siebie i z ciężkim oddechem, wyczekiwałam dalszego rozwoju wydarzeń. Goetze pochylił się nade mną i... 
- Gaaabrysia! Gabrysieńko moja kochana! Za dwadzieścia minut spotykamy się pod... Oj, chyba wam w czymś przeszkodziłem... - do pokoju ni stąd ni zowąd wparował Marco, na co my błyskawicznie odskoczyliśmy od siebie. Kurwa Reus, ale sobie moment wybrałeś!
 Blondyn przeczesał idealnie ułożone na żel włoski i uśmiechając się zadziornie, dokończył swą wypowiedź :
- Lizanko będzie jak pan gorący strzeli bramkę, na nakręcaj go za bardzo, bo się chłopak całkowicie zdekoncentruje. Daje wam dwadzieścia minut, dwadzieścia minut i ani chwili dłużej. Czekamy na podjeździe - wypowiedział i zniknął za drzwiami. 
Oboje bez słowa zajęliśmy się przygotowaniami, zapominając o tej nieziemskiej chwili, w której po raz drugi prawie się pocałowaliśmy. 
Ubrałam na siebie typowy strój kibica. Koszulka reprezentacji, czerwone rurki i wysokie obcasy w kolorze beżowym, a całą stylizację dopełniłam szalikiem z napisem "POLSKA" i makijażem. Włosy lekko podkręciłam, spryskałam lakierem i pozwoliłam im odetchnąć od codziennych ciasnych koków i kucyków, puszczając  luźno na plecy.
Mario siedział na łóżku, wiążąc nowe adidasy i niespokojnie rozglądał się dookoła. Jego torba z ekwipunkiem sportowym stała już gotowa pod drzwiami. Zostało nam tylko kilka minut do wyjścia. Zgarnęłam z szafki torebkę i usiadłam obok niego. 

Chłopak popatrzył na mnie chwilę, obleciał wzrokiem stój i uśmiechnął się blado. 
- Poradzicie sobie, przecież nasza reprezentacja nie gra jakoś niesamowicie. Jesteście od nich tysiąckroć lepsi - powiedziałam pokrzepiająco i sprzedałam mu lekkie uderzenie pięścią w bark. 
- Wiem, ale czasami nawet najlepsze drużyny na świecie miewając słabe momenty. 
- Nie wierzysz w możliwości waszej kadry? 
- Wierzę, ale moim zdaniem nie warto oczerniać i mieszać z błotem żadnego zawodnika. Nawet tego najsłabszego - odparł i spojrzał na zegarek. - Powinniśmy już schodzić, będą się drzeć, że jesteśmy spóźnieni. 
- Oczywiście, chodźmy. 
Całą drogę do Klagenfurtu siedziałam wciśnięta w szybę autokaru i rozmyślałam nad dzisiejszym porankiem. Ta sytuacja z pocałunkiem siedziała mi od tamtego momentu w głowie i nie dawała o sobie zapomnieć. Gdyby nie Marco i jego fantastyczne wyczucie czasu, pewnie całowalibyśmy się w najlepsze na moim łóżku.
 *
Trzydzieści minut przed rozpoczęciem meczu, po ukazaniu  wejściówek, weszłyśmy na stadion i skierowałyśmy się do szatni naszych rodaków, do której zaprowadzili nas ochroniarze. Byłyśmy w końcu ich prywatnymi paniami psycholog, więc pomoc psychiczna przed meczem była wręcz wskazana. 
Wszyscy piłkarze siedzieli na ławeczkach i prowadzili między sobą luźną konwersację, która po naszym wejściu została raptownie przerwana. Dostrzegłam lekki strach i niepokój w ich oczach. Denerwowali się. 
- Jakie humorki przed spotkaniem? - spytałam i usiadłam między Wojtkiem, a Robertem, do którego zdążyła się już przykleić moja ciemnowłosa przyjaciółka.
- Nie najlepsze. Niemcy to bardzo dobra drużyna, nie wiem czy damy radę - odparł Wasilewski i schował twarz w dłoniach.
- Ej, nie traćcie wiary w siebie, przecież przy odrobinie skupienia i pomyślunku potraficie nieraz poprowadzić bardzo fajne akcje. Na pewno będziecie mieli ich sporo. Przede wszystkim nie możecie myśleć o tym jacy jesteście beznadziejni tylko skupić się na tym , co wam dobrze wychodzi, co często powtarzacie na treningach. Troszeczkę wiary w siebie niekiedy potrafi zdziałać cuda! - powiedziałam i uśmiechnęłam się do nich serdecznie. - Pamiętajcie, że Pani Trener siedzi na trybunach i trzyma za was kciuki - dodała za mnie Amelia.
- Życzymy wam powodzenia, pokażcie na co was stać! - pożegnałyśmy się z każdym buziakiem w policzek i opuściłyśmy szatnię, kierując się na trybunę. 
W końcu wraz z gwizdkiem trenera rozpoczęliśmy rozgrywkę. Cały czas razem z resztą kibiców biało-czerwonych śpiewałyśmy różne przyśpiewki, wymachiwałyśmy szalikami i krzyczałyśmy pokrzepiające hasła. Bawiłyśmy się naprawdę świetnie.
Minutę przed zakończeniem pierwszej połowy pod bramką bronioną przez Szczęsnego zawrzało. Z jednej strony czatował Oezil, z drugiej Hummels i Goezte oraz asekurujący go Reus. Wszyscy byli bardzo skupieni na piłce i czekali na odpowiedni moment do wbicia pierwszego gola. No i stało się. W czterdziestej czwartej minucie spotkania po asyście Reusa, golu Mario i błędzie Wojtka nasza drużyna postawiła się na  przegranej pozycji. 
Uradowani 19 i 21 stuknęli się ramionami i z uśmiechem popatrzyli w moją stronę. No tak. Bramka specjalnie dla mnie. 
Kibice polaków w grobowych minach przyglądali się jak piłkarze schodzą z murawy na krótką przerwę. My z Amelią również nie byłyśmy zadowolone z tego rozwoju wydarzeń. Siedziałyśmy w milczeniu i czekałyśmy na wznowienie gry. 
Druga połowa była dużo lepsza dla naszych. Mieliśmy więcej mocnych akcji, robiliśmy szybkie i przemyślane podania, nie traciliśmy czasu, co poskutkowało w sześćdziesiątej minucie. Robert strzelił cudownego gola po asyście Kuby Błaszczykowskiego. Na stadionie zrobiło się gorąco, wszyscy byli naprawdę szczęśliwi, jednak nasi nie spoczęli na laurach. Tuż przed zakończeniem do bramki przeciwnika trafiła piłka kopnięta przez Piszczka. Zwyciężyliśmy. 
*
Do hotelu wróciłam kompletnie wykończona i senna. W biegu ściągnęłam z siebie marynarkę i wparowałam bez pukania do pokoju, w którym niespokojnie chodził Mario i przeklinał cicho pod nosem. 
- Coś się stało? - spytałam, zdejmując obcasy ze stóp.
- Jeszcze się pytasz, przecież przegraliśmy - odpowiedział i zdenerwowany opadł na łóżko.
- Przestań, wiesz dobrze, że częściej wygrywacie, niż przegrywacie. Jesteście naprawdę dobrą drużyną, każdemu zdarzają się gorsze dni. Nie przejmuj się. Twoja bramka była cudowna, dziękuję - pocieszyłam go soczystym buziakiem w policzek, na co chłopak uśmiechnął się zadowolony. 
- Za godzinę chłopacy postanowili urządzić małe after party w jakimś klubie, Marco nalegał żebyś przyszedł - oznajmiłam. 
- No tak, kolejne pochlejewo w wersji hard - przewrócił oczami. - Zawsze tak robią po meczach, bez znaczenia czy wygramy, czy nie. Imprezowicze cholerne. Nie idę, nie ma bata. Nie mam co świętować - zdjął z siebie koszulę, ukazując boskie ciało i zabrał się za odpinanie paska. - A ty idziesz? 
- Tak i liczyłam na to, że dotrzymasz mi towarzystwa - mrugnęłam do niego i oparłam się o framugę drzwi od łazienki. - To jak? - zerknęłam na niego ze słodkim uśmiechem. - Proszę Mario, chodź. 
- Nie umiem tobie odmówić kochanie - zamruczał mi do ucha, wywołując tym samym falę obezwładniających dreszczy - Będę gotowy za dwadzieścia minut. 
- Świetnie, wiedziałam, że się zgodzisz. Idę się przygotować - odparłam i zniknęłam za drzwiami w łazience.
To miało być moje pierwsze w życiu after party. Uwielbiałam imprezy w świetnym towarzystwie, więc od razu się zgodziłam. Z resztą, co innego robiłabym w hotelu?
Miałam też doskonałą okazję, aby po bajerować trochę Gotzego. Na razie nie było żadnych postępów w naszych relacjach, a ktoś musiał wykonać krok w przód. Wybór padł na mnie. 
Zawsze kiedy chodziłam z Amelią na imprezy, faceci patrzyli się głównie na mnie. Obcisła kiecka, duży dekolt, kieliszek w ręku i zalotne spojrzenie. Kiedy komuś o tym opowiadam nikt nie może się nadziwić , a tym bardziej uwierzyć w usłyszane słowa. Jak taka niewinna, grzeczna i ułożona Gabrysia może tańczyć na stole w wyzywającej  kreacji i podrywać nieznanych kolesi? Otóż drodzy państwo może i niekiedy wychodzi jej to naprawdę świetne. 
Wydobyłam z dna walizki czarną, krótką  sukienkę z dużym dekoltem, która ledwo zakrywała tyłek i połyskliwe szpilki do kompletu z torebką. Całość dopełniłam biżuterią i makijażem, w którym kluczową rolę odgrywały kreski i podkręcone rzęsy. Spryskałam ciało ulubionymi perfumami i byłam gotowa na zabawę. 
Wyszłam z łazienki w doskonałym nastroju i usiadłam na łóżku, zastanawiając się gdzie podział się mój współlokator.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Szybko do nich doskoczyłam, aby przyjąć w progu odpicowanego Wojtka. 
Szczęsny wybałuszył oczy ze zdziwienia podczas oględzin mojego stroju i jak każdy mężczyzna zawiesił oczy na wyeksponowanym przez sukienkę biuście. 
- Wojtuś, oczy mam wyżej - powiedziałam zadziornie i pociągnęłam go za krawat. - Widziałeś może gdzieś Mario? Mieliśmy jechać razem.
- Tak, musiał wyjść wcześniej, bo Marco poprosił go o pomoc w przygotowaniach. Wysłali mnie jako twojego lokaja - odpowiedział i uśmiechnął się zadowolony. 
- Dobra, już wszystko jasne, idziemy - odparłam i uprzednio zamknąwszy apartament, udałam się na parking. 
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zostałam otoczona przez natarczywych fotoreporterów, którzy z każdej strony robili mi zdjęcia i wypytywali o to, kim jestem dla piłkarzy i co mnie z nimi łączy. Oczywiście olałam ich bez większego zastanowienia i łapiąc pod rękę bramkarza Arsenalu, weszłam do budynku. 
W lokalu panował znajomy zapach i ogromny przepych. Ludzie jak oszaleli podchodzili po kolejne drinki do baru i tańczyli dookoła swoich stolików. Wojtek podprowadził nas do wykupionej loży, a sam zasiadł pod barem i wypił swój trunek. 
- O kurwa, Gabrysia  ... wyglądasz obłędnie... - Mario podniósł się z miejsca i obrzucił wzrokiem mój strój, po czym pocałował lekko w policzek. 
- Dzięki, o to mi chodziło - przygryzłam z uśmiechem wargę i zasiadłam obok przyjaciółki, która posłała mi znaczące spojrzenie. Ona jako jedyna wiedziała o moim zamiłowaniu do imprez i doskonale wiedziała, do czego jestem zdolna. 
- Napijecie się? - Kuba podsunął nam pod nos kieliszki z kolorowym napojem, którym sam się już delektował. Bez wahania wzięłam w rękę naczynie i umoczyłam usta w różowej cieczy. Trzeba przyznać, że Błaszczykowski zna się na alkoholach. Drink był naprawdę niezły. 
Po upływie godziny część zaproszonych gości była już nieźle wstawiona. Tylko ja, Amelia, Mario, Marco i Robert pozostaliśmy trzeźwi, ze śmiechem patrząc na ich głupkowate zachowanie. Prowadziliśmy między sobą luźną konwersację i cieszyliśmy się z uroków miłego wieczoru. 

Mario

Podczas trwania imprezy mój wzrok cały czas skupiał się na Gabrielli. Wyglądała tak cholernie ponętnie i pociągająco, że mimowolnie utrzymywałem emocje na miejscu. Byłem uzależniony od jej widoku, a każdy gest, który wykonywała powodował, że miękło mi serce. Z uśmiechem patrzyłem jak zapalczywie opowiada o swoich ostatnich wakacjach, sącząc "Błękitną Lagunę". 
W pewnej chwili poczułem kobiece dłonie na swoich ramionach i zadowoloną twarz Amelii, która pochylała się obok. Dziewczyna wyciągnęła mnie w kanapy i zaproponowała drinka. Zgodziłem się, pozostawiając uosobienie piękna z resztą kolegów. 
Usiedliśmy wygodnie na wysokich krzesełkach przy ladzie i pochłonęliśmy się rozmową. 
- Jak się bawisz? - spytała Nowaczyk, biorąc do ust różową słomkę. 
- Świetnie, cieszę się, że mnie wyciągnęliście. Jest naprawdę fantastycznie - uniosłem kąciki ust ku górze i zerknąłem w kierunku naszego stolika.
- Gabryśka wygląda niesamowicie, prawda? - Amelia spojrzała na mnie wyczekująco i zaśmiała się widząc moją minę. 
- Tak, sama z resztą widzisz jak na mnie działa - odparłem i zmieniłem pozycję. - Nie wiedziałem, że taki z niej balangowicz. 
- Jeszcze wielu rzeczy o niej nie wiesz Gotze - wypowiedziała z poważną miną i spojrzała na mnie chłodno. - Stała się taka od waszego rozstania. Tak Mario, ona nadal pamięta, ja też pamiętam. Wylewała łzy nad umywalką każdego dnia i zamykała się na długie godziny w pokoju. Cholernie przez ciebie cierpiała. Nie chciała widywać się z ludźmi, oglądać telewizji, chodzić do szkoły. Zamknęła się w sobie. Wiesz jak to przeżywała? Ach tak, zapomniałam, nie wiesz, bo nie masz uczuć. Wtedy też nie miałeś. Zabawiłeś się, naobiecywałeś i porzuciłeś, a ona czekała i popadała w coraz większą depresję z każdym kolejnym dniem. 
Nie mogłam znieść smutku i bólu, który zdobił jej wątłą twarzyczkę. Pogrążała się. 
Któregoś dnia zabrałam ją na małą, kameralną imprezę, żeby się troszeczkę zabawiła. Wypiła kilka piw, potańczyła i po raz pierwszy od kilku tygodni wróciła zadowolona do domu. 
Chciałam jej pomóc, sprawić by z powrotem stała się silna, by uwierzyła w siebie i otrząsnęła się z tej żałości. Zapisałam ją na boks. Chodziła regularnie na treningi, wspaniale jej szło, wyjeżdżała na różne rozgrywki, trener był z niej dumny. Udało mi się doprowadzić ją do stabilnego stanu. Miała siłę walczyć z problemami, kłopotami i udrękami. Wiedziała, że potrafi stawić im czoła. Później to była rutyna. Treningi boksu, piłki nożnej, nauka i imprezy. Poradziła sobie z ciężarem jaki ją przytłaczał, rozkuła łańcuchy, które przygniatały ją do dna. Teraz jest pewna siebie i zdecydowana, nie da sobie wyrządzić drugi raz krzywdy. Ma w sobie więcej siły niż myślisz, popatrz - Amelia przerwała swój monolog i wskazała palcem na Gabrysię, która stała tyłem i rozmawiala z Reusem. W pewnym momencie podszedł do niej jakiś obleśny typ i zaczął macać ją po tyłku. Ona odwróciła się do niego gwałtownie i syknęła krótkie "spierdalaj". Koleś jednak nie poprzestał na tym i ponowił swoje zaloty. Kochmańska zacisnęła pięści, spojrzała mu gniewnie w oczy i sprzedała  ostre uderzenie w szczękę, z której zaczęły splywać niezliczone ilości strużek krwi, krzycząc "powiedziałam spierdalaj!". Facet złapał się za brodę i ze strachem w oczach, wyleciał jak opażony z klubu. 
- Widzisz? - przyjaciółka zwróciła się z powrotem do mnie. - Gabrysia nie da sobą pomiatać. Zna swoją wartość i wie komu na co może pozwolić. Ona nadal ciebie kocha, wiesz? Kocha cię cholernie i mówi o tym od początku naszego urlopu . Kiedy chociaż na chwilę się ze sobą zetkniecie, cieszy japę jak dziecko, które dostało cukierka. 
Zależy jej na tobie i za każdym razem stara się tobie przypodobać. Nie spieprz tego, idioto - zakończyła i zostawiła mnie samego z kupą myśli w głowie. Boże, co ja zrobiłem? Jak mogłem doprowadzić Kochmańską do takiego stanu? Ona siedziała w tej Warszawie i czekała na mój telefon, a ja niczego nie świadomy lizałem się z innymi po kątach. Zachowałem się jak debil do potęgi n-tej. Nie zasługuję na nią. 
Ze spuszczoną głową odwróciłem się do barmana i zamówiłem trzy kieliszki jakiejś taniej wódki. Wypiłem je na jeden raz i zakryłem twarz dłońmi. Jestem potworem, potworem ukrytym w ciele nędznego piłkarzyka, który ma na względzie tylko swoje dobro.  
W pewnym momencie poczułem czyjeś delikatne dłonie i zapach. Jej zapach. 
- Zatańczysz? - szepnęła mi do ucha i uśmiechnęła się słodko. 
Skinąłem lekko głową w odpowiedzi i zaprowadziłem ją za rękę na parkiet. Dziewczyna zarzuciła mi ręce na kark i przybliżyła się znacznie, swoją osobą utrudniając  racjonalne myślenie. Złapałem ją w pasie i kołysałem lekko na boki. Gabrysia wodziła dłońmi po moich plecach i uśmiechała się pożądliwie. W jej głębokich oczach dostrzegłem nutkę niedosytu i dzikości. Wbiła paznokcie w moje łopatki i pociągnęła za sobą do ściany, co bez wątpienia było zielonym światłem do dalszych zamiarów. 

Gabriella 

Rozochocony Mario docisnął mnie do ściany dyskoteki i podniecony zaczął pieścić pocałunkami moje usta. Odważnie je odwzajemniałam, pozwalając mu na coraz więcej. Chłopak zachłannie całował mnie w żuchwę, brodę, szyję, powodując, że prężyłam się przed nim jak kot. Zmierzwiłam mu włosy dłonią i przyciągnęłam do siebie bardziej. Jego pieszczoty z biegiem czasu przeniosły się na dekolt i biust. Syknęłam zadowolona i rozpięłam mu kilka guzików od koszuli, rozkoszując się widokiem półnagiego ideału. W pewnym momencie jednak przerwałam tę pełną namiętności chwilę, gdy zdałam sobie sprawę, że to wszystko dzieje się za szybko.
- Mario, przepraszam, sprawa zaszła za daleko, nie powinno do tego w ogóle dojść - powiedziałam zmieszana i pobiegłam do łazienki, chcąc ochłonąć po tej krępującej sytuacji. 
W chwilę później u mojego boku zjawiła się Amelia, która uśmiechała się radośnie i przypatrywała się jak obmywam zimną wodą twarz, rozmazując perfekcyjny makijaż. 
- Widziałam jak się całowaliście, reszta też - powiedziała z bananem na twarzy, podając mi papierowy ręcznik. - To było cholernie słodkie, czemu przerwałaś?
- Może i było słodkie, ale na pewno nie na miejscu. Nie wiem czemu na to pozwoliłam, przyjaciele raczej namiętnie się nie całują - odparłam lakonicznie  i wróciłam do przyjaciół. 
 ___________________________________________________________________

Witajcie moje  dziewczynki!
Wiem, że trochę późno dodaję ten rozdział, ale wcześniej jakoś nie mogłam się za niego zabrać. 
Wyszedł mi  dłuższy niż zazwyczaj, jednak mam nadzieję, że to wam nie przeszkadza :)
Kolejny powinien pojawić się pod koniec tygodnia.
Wykorzystajcie godnie ostatni tydzień wakacji [*] 
Kocham was, Sognante :*


wtorek, 20 sierpnia 2013

12 - I love you more than you can imagine

Przewróciłam się na drugi bok i zerknęłam w kierunku szykującej się do wyjścia Amelii. Dziewczyna co jakiś czas patrzyła na mnie niepewnie i uśmiechała się pod nosem. Co? Co znowu tym razem? Naprawdę każdy musi śmiać się, kiedy wybucham gniewem? To takie fascynujące?
- Dlaczego się tak szczerzysz? - spytałam, obrzucając ją pretensjonalnym spojrzeniem.
- Przepraszam... Ale ty wyglądasz tak cholernie słodko jak się denerwujesz! - roztkliwiała się nad Bóg wie czym.
- Oj przestań, jesteś taka sama jak reszta tych palantów... - wywróciłam lekceważącego młynka oczami i zsunęłam się na podłogę. - Po co się tak stroisz, Królowej Elżbiety raczej tam nie spotkasz... - zauważyłam, obrzucając spojrzeniem amarantową sukienkę, którą powiesiła na poręczy krzesła.
- Właściwie masz rację - stwierdziła i usiadła obok mnie. - Nie mogę uwierzyć, że niedługo wracamy do Polski. Dopiero, co zeszłam się z Lewym, a już jest nam dane się od siebie oddalić... - powiedziała smutno.
- Tak, wy się przynajmniej zeszliście, a ja utknęłam w jednym miejscu i nie wiem jak postępować dalej. Mam już kurwa dosyć tych całych podchodów - wypowiedziałam ze łzami w oczach. - Dosyć tej niepewności i czekania, dosyć! - zaakcentowałam wyniośle i poszłam do łazienki poprawić rozmazany tusz.
Jak zwykle emocje wzięły górę i nie pozwoliły o sobie zapomnieć. Kiedy postanawiałam, że będę silna i nie rozpłaczę się przy pierwszej możliwej okazji, byłam pewna, że dam radę i spróbuję być twarda. Teraz jednak sądzę, że takie obietnice dla człowieka są bezsensowne i nic nie warte. Zawsze wychodzi nie po naszemu.
Po upływie piętnastu, może dwudziestu minut zjawiłyśmy się w progu pokoju piłkarzy. 
Na podłodze, obłożonej obficie miękką kremową wykładziną siedzieli chłopacy z drużyny i prowadzili między sobą wesołą wymianę zdań. Dopiero kiedy znacząco chrząknęłam, zorientowali się, że nie są już sami.
- Pani Trener! - wykrzyczał wesoło Mitchell i przytulił mnie na powitanie. - Humorek się poprawił? - spytał z szerokim uśmiechem.
- Gdy tylko ciebie zobaczyłam, od razu się poprawił - zaśmiałam się, siadając na łóżku obok Mario, najbliżej jak tylko można było. On na to zachowanie zareagował pozytywnie, co wywnioskowałam po jego ramieniu, którym kurczowo oplótł moją talię. Wtuliłam się jeszcze bardziej w piłkarza i patrzyłam na zdziwione gęby reszty nieudaczników. 
- U lala, nasi zakochańce znowu się migdalą. Może zostawimy was samych? - Marco charakterystycznie poruszył brwiami i roześmiał się głośno, co podłapała reszta zawodników.
- Spadaj kapciu - rzuciłam w niego poduszką, co on skomentował cichym prychnięciem.
- Też cię kocham, Kochmańska.
- A kto powiedział, że ja odwzajemniam te uczucia? - łypnęłam na niego groźnie.
- No tak zapomniałem, nasza miłość jest zagrożona, bo ty przecież kochasz kogo innego - odparł półgębkiem, kierując lazurowe oczy w stronę przystojnego pomocnika z Memmingen. 
- Skończ. 
- Wedle życzenia, Pani Trener. Czy zechciałaby Pani uraczyć nas swoją obecnością podczas gry w karty? - ukłonił się nisko, chcąc zjechać odrobinę z drażliwego tematu.
- Skoro muszę... - westchnęłam i wyswobodziłam się z uścisku Gotzego. 
- Świetnie, to jak, rozbierany poker? - zaproponował Szczęsny.
- Wojtek, naprawdę nie znasz innych gier? Tobie tylko jedno siedzi w głowie... - machnęłam zniesmaczona ręką.
- Widząc takie piękne dziewczyny,  nie łatwo utrzymać moralne myśli na miejscu... - skwitował,wskutek czego oberwał pięścią w bark od Roberta. No tak, Amelia to jego dziewczyna. Zazdrość jak najbardziej na miejscu . - Skoro nie poker, to może butelka? Co wy na to? - zaproponował, na co wszyscy w geście zgody skinęli głowami. - Bosko, ja zaczynam. 
Jako pierwszy zadanie otrzymał Kuba. Może i początkowo  wszyscy stwierdzili, że udawanie jakiegoś zwierzęcia jak głupie i przereklamowane, ale jak zobaczyli co wyprawia Błaszczykowski, całkowicie zmienili zdanie. Wyobrażacie sobie ułożonego, poważnego  kapitana polskiej reprezentacji z paluszkami w gębie, który pełza po hotelowym korytarzu i z dziwnymi odgłosami udaje morsa? 
Potem przyszła kolej na Weidenfellera, który miał rozpiąć koszulę Piszczka zębami. Myślałam, że padnę ze śmiechu widząc go w pozycji wyglądającej bardzo dwuznacznie i męczącego się z malutkimi guzikami garderoby obrońcy.

Mario

Po paru głupich zadaniach, podyktowanych przez równie głupich pomysłodawców oparłem się o łóżko, z nadzieją wyczekując zakończenia zabawy. Niestety, bądź stety pech chciał, że ciemnozielona szyjka butelki po drogim winie zatrzymała się na mnie. Ze zrezygnowaniem w oczach popatrzyłem na kolegów z drużyny, którym błazeński uśmiech nie schodził z twarzy. Poczułem lekki niepokój. Co oni knują?
- Mariooo.. - Reus zerknął na mnie, wyszczerzając białe ząbki - Zrobisz to, na co wszyscy od dawna czekamy... Przeliżesz się z Trener Kochmańską! - wykrzyczał radośnie, a donośne śmiechy reszty zawodników dodatkowo spotęgowały jego entuzjazm.
Gwałtownie obróciłem się w stronę Gabrysi, która siedziała wciśnięta w kąt mojego posłania. No pięknie. 
Rozprostowałem palce i głośno przełknąłem ślinę, marszcząc się na natrętne "gorzko, gorzko!" śpiewane przez chłopaków.
Znalazłem się w dołku, nie bardzo wiedząc co mam zrobić. Kochałem ją, więc pocałunek byłby idealną alternatywą dla naszego "związku", jednak z drugiej strony taki podyktowany przez osoby trzecie jest udawany i na siłę. 
Wstałem w miejsca i usiadłem na przeciwko dziewczyny, delikatnie zbliżając nasze twarze do siebie. Oparłem prawą dłoń na jej kolanie, a lewą przytrzymałem podbródek i niepewnie wpiłem się w jej usta. Nasz pocałunek z sekundy na sekundę coraz bardziej się pogłębiał. Gabrysia splotła palce na moim karku, wyginając się w łuk i przycisnęła swoje kruche ciało do mojego torsu. Boże. Zaczęliśmy się całować jakbyśmy byli parą od lat. Poczułem jak z pożądaniem przygryza moją wargę i ciągnie mnie za sobą na miękką pościel. Przeniosłem dłoń z kolana na plecy brunetki, a z linią moich pocałunków zacząłem powoli wyznaczać na szyi, na co Gabrysia syknęła z zadowolenia. Sukces. 
- Ojejej, kochani, nie zapędzajcie się tak. Pieprzyć się będziecie przy następnej okazji - z tego cudownego doznania wyrwał nas głos zniecierpliwionego Reusa. Z niechęcią odsunęliśmy się od siebie, powracając do poprzedniej pozycji.

Gabriela

Kiedy w końcu odkleiłam się od zabójczo przystojnego w tamtym momencie Mario, zauważyłam, że oczy wszystkich zebranych świdrują nas wzrokiem.Co wtedy czułam? Niezidentyfikowaną ulgę i cholerną radość, która rozpierała mnie od środka. W końcu, po czterech latach męczącej rozłąki, na nowo zetknęliśmy nasze usta ze sobą. Ta pełna namiętności chwila przypieczętowała tylko fakt, że moja miłość do niego nie zgasła, ani przez chwilę. 
Popatrzyłam na niego spode łba. Siedział zapatrzony w próżnię i uśmiechał się, delikatnie głaszcząc moje włosy.Po chwili zmienił pozycję, kładąc się na plecach i układając ręce za głową. Oparłam się o jego klatkę piersiową i wsłuchiwałam się w kojące bicie serca chłopaka.

- Gabrysia, spadamy, już trzecia - oznajmiła sennie Amelia, pociągając mnie za rękę do wyjścia. 
Z niechęcią odessałam się od Mario i nakładając jego bluzę, podniosłam się z łóżka. 
- Rano macie trening, nie zaspać - uświadomiłam ich półgłosem i nacisnęłam klamkę od drzwi - A bluzę oddam kiedy indziej - puściłam oczko przystojnemu brunetowi i wyszłam na zewnątrz.

Pierwsze, co zrobiłam po powrocie z dzikiej imprezy w sąsiednim pokoju, było rzucenie się na łóżko. Powieki same opadały mi na gałki i całkowicie odmawiały mi posłuszeństwa, toteż nie chciałam ich dalej męczyć. Wtuliłam się w miękką, jasnoróżową pościel i zasnęłam, wsłuchując się w tykanie wskazówek zegara i odgłos mycia zębów przez Nowaczyk. 
 *
- Gabrysia! Widziałaś moją koronkową bluzkę? Nigdzie nie mogę jej znaleźć! - darła mi się nad uchem Amelia, która po raz pierwszy od początku naszego urlopu wstała wcześniej, by się ogarnąć. 
- Nie nie widziałam, zjeżdżaj - odpowiedziałam sucho i zrzuciłam ją ze swoich kolan. Wspominałam już, że  wprost nienawidzę, gdy ktoś budzi mnie w ten sposób?
- Pomóż mi! - kontynuowała, niewzruszona moją odpowiedzią. - Idę dzisiaj z Robertem do kina, Gabi... - modliła się przy szafie, doprowadzając mnie swoim płaczliwym głosem do granic wytrzymałości. 
Zrezygnowana wstałam, założyłam fioletową bluzę, którą oddawałam Gotzemu od dłuższego czasu i wyjęłam poszukiwany przez brunetkę obiekt z torby podróżnej. 
- Brawo - sarknęłam, pukając ją w czoło i skierowałam się do pokoju, z którego wczoraj wróciłam w stanie półżywego człowieka. 
 *
- Oddawaj tę bluzkę, ty chuju niedorobiony! - takimi oto słowami zostałam poczęstowana przez Marco, który skakał nad Robertem, próbując wyrwać mu granatowy t-shirt z rąk. - Słyszysz imbecylu? Oddawaj to do cholery! - Lewandowski pastwił się nad przyjacielem, szczerząc swoje śnieżnobiałe zęby w kąśliwym uśmiechu. Puścił własność blondyna dopiero wtedy, gdy zauważył, że stoję w progu i przyglądam się tej całej błazenadzie. 
- Ooo, pani Trener, jak miło, dzień dobry! - wyściskał mnie ze wszystkich stron i na koniec skradł soczystego buziaka w policzek. Uroczo. 
- A co to za słodkie powitanie? Czyżby dzisiaj był dzień miłości? - spytałam i z wrednym uśmieszkiem sprezentowałam mu sójkę w bok. 
- Do ciebie zawsze, kochana - odparł na odchodne i zaszył się w łazience. 
Korzystając z okazji, rozejrzałam się po ich apartamencie. "Trupy" spitych do nieprzytomności piłkarzy, leżały porozwalane po całym pomieszczeniu niczym brudne skarpetki. 
Kanapka ze ściskających się wzajemnie Kuby i Łukasza, gniotła się  pod balkonem, Wojtek zwisający jak małpa z poręczy fotela, urozmaicał krajobraz, a Illy i Langerak pomrukiwali przez sen wciśnięci jak śmieci pod łóżko. 
Wzięłam do ręki, stojący nieopodal nasączony wodą mop i zaczęłam chlapać nim na wszystkie strony, używając go jako przyrządu do budzenia, który na szczęście poskutkował, bo już po chwili połowa  zlanych mężczyzn chwiała się niepewnie na nogach i podtrzymywała bolącą głowę. 
- Ale kurwa faza... - mamrotał Mitchell, wyplątując się z objęć Gundogana. - Cześć Gabrysia - posłał mi buziaka w powietrzu i zatoczył się do szafki, chcąc jak najszybciej wypić butelkę wody. 
Powoli cały pokój wraz z gośćmi, sympatykami i mieszkańcami budził się do życia. Każdy starał się ogarnąć i przyprowadzić do porządku, no.. prawie każdy... Mario jako jedyny leżał na swoim łóżku i głośno chrapał.
Podeszłam do niego, chlusnęłam po twarzy mokrym mopem i dodatkowo sprzedałam uderzenie w bark, jednak jak się potem okazało wszystko było bezskuteczne. Spał jak zabity, a pod jego tyłkiem i w nogach tkwiły tuziny butelek piwa, opróżnionych do ostatniej kropelki. 
- Mario! Mario! Obudź się do jasnej cholery! - krzyczałam do niego, podirytowana piętnastominutowym opóźnieniem w codziennym planie pracy. 
W końcu po kilku mocniejszych turbulencjach, które otrzymało jego ciało, chłopak raczył otworzyć oczy i spojrzeć na świat z pozycji wertykalnej. 
- Oo, w końcu królewicz raczył się zbudzić. Co tak długo? Trening czeka - mówiłam w gorączce, co chwila zerkając na zegarek. Klopp by mnie zabił za takie przedłużanie. On nie trawi spóźnień i niepotrzebnego odwlekania. 
- Gabrysia, błagam cię, ja konam - złapał się za głowę i głośno stęknął. - Daj mi dziesięć minut, proszę - złożył dłonie w błagalnym geście i podniósł się z posłania. 
- Jak nie zobaczę was na murawie za kwadrans, to przysięgam, że własnymi rękoma ukręcę wam łby, zrozumiano? - poinformowałam gniewnie całą gromadę  i wyleciałam z ich pokoju, trzaskając drzwiami. 
 *
Kiedy do wyznaczonego przeze mnie czasu zostały trzy minuty, zebrałam swoje rzeczy, poprawiłam włosy i wyszłam z budynku, swoje kroki kierując na Signal Iduna Park. 
Na murawie rozciągali się już piłkarze i z kwaśną miną podawali sobie piłki. 
Coś mi się jednak nie zgadzało. Zamiast standardowo widzieć  dwudziestu sześciu  matołów w pszczelich wdziankach, przed moimi oczami stanęło niemal tyle samo więcej piłkarzy w barwach biało-czerwonych.
- Więcej was matka nie miała? - spytałam, oblatując wzrokiem grupę "dzieciaczków", którymi przyszło mi się zajmować przez najbliższe pół dnia. -Skoro jest was tak dużo to  na początek zagramy sobie mały meczyk. Reprezentacja przeciwko Borussii. Niech kochana Dreifaltigkeit* zdecyduje czy woli grę z kadrowiczami czy z borussen, a ja w tym czasie polecę po sprzęt - oznajmiłam i skierowałam się w stronę niewielkiego schowka na piłki, pachołki i inne takie bzdety. 
- Gotowi? - zadałam kolejne pytanie, widząc Roberta, Łukasza i Kubę zakładających koszulki w kolorach narodowych.
- Tak jest pani Trener - zasalutował mi Lewandowski, energicznie podskakując w miejscu - Możemy zaczynać. 
- To świetnie, ustawcie się. Langerak w pierwszej połowie, Roman wchodzi w drugiej, a w reprezentacji na razie broni Wojtek - rozkazałam i usiadłam obok Amelii, przypatrując się ich grze. 
 *
Po kolejnym dniu, w którym solidnie odbywałam rolę trenera, czułam się totalnie wykończona. Gardło bolało mnie od krzyczenia, ręce piekły z zimna, a całokształt dopełniały przeszywające dreszcze od sterczenia na chłodnym powietrzu w samej koszulce. Świetnie. 
Zmęczona i zziębnięta ściągnęłam z siebie ubranie, nałożyłam bokserkę i bluzę Mario i wskoczyłam pod kołdrę z kubkiem kakao. Po chwili do pokoju wpadła moja ciemnowłosa przyjaciółka. Usadowiła się wygodnie na moich kolanach i spojrzała  niepewnie w oczy. Miała mi niewątpliwie coś do powiedzenia, ale bała się mojej reakcji. 
- Amelko, chcesz mi o czymś oznajmić? - spojrzałam na nią badawczo, uśmiechając się delikatnie. 
- Nie... To nic takiego... Chociaż w sumie... Tak, chcę - język plątał jej się jak oszalały, utrudniając złożenie jakiegoś normalnego zdania. - Robert zaproponował mi, żebym się z nim przeniosła do innego pokoju, takiego dla pary, wiesz... łóżko małżeńskie, zero wariujących pijaków na głowie... Zgodziłabyś się? - popatrzyłam mi uważnie w oczy, z niecierpliwością wyczekując odpowiedzi.
- Jasne, że bym się zgodziła. Skąd takie pytanie? To chyba oczywiste, że chcesz pobyć sama z chłopakiem i bez krępacji robić to i owo - uśmiechnęłam się zadziornie. - Pakuj się mała!
- Dziękuję, kamień z serca! - pocałowała mnie w policzek. - Będziemy w stałym kontakcie. W razie czego po prostu przyjdź, mamy pokój naprzeciwko, kocham cię! - uścisnęła mnie ostatni raz i zaczęła ładować ubrania do swojej zielonej walizki. 
Kiedy dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy upuściła pokój, wyszłam na balkon, siadłam na drewnianej ławeczce i zatapiając twarz w dłoniach, zaczęłam cichutko pochlipywać. 
Prawdę mówiąc wcale nie chciałam, żeby zostawiała mnie samą. Miałam kupę problemów na głowie i potrzebowałam jej wsparcia. Pragnęłam, by pomagała mi obmyślać plany co do Mario, pocieszała, gdy coś nam nie wychodziło i dawała kopa w dupę, kiedy chciałam zrezygnować. Komu miałam się teraz zwierzać? Poduszce? Nie miałam jej tego za złe. To normalne, przecież są parą i chcą mieć dla siebie więcej czasu, a ja jako "wiecznie samotna" musiałam sobie radzić sama. 
Opatuliłam się szczelniej fioletową bluzą Gotzego i wpatrywałam się w milczeniu w migoczące, srebrne punkciki. Wyszperałam z kieszeni dresów paczkę papierosów i odpalając jednego, zaciągnęłam się w ciszy. 
Wydech po wydechu moje problemu ulatniały się powoli z czaszki robiąc miejsce tym nowym, ciągle nadchodzącym. Często mówiono mi, że jestem ostoją spokoju. Grzeczna, cicha, poukładana i inteligentna dziewczyna, pozytywnie nastawiona do świata. Przykre, ale pozory mylą. Miałam masę kłopotów, problemów, z którymi borykałam się dosyć często, jednak nie mówiłam o nich za dużo.Twarda na zewnątrz, wrażliwa w środku. Czasami jednak ta wewnętrzna wrażliwość miała dosyć siedzenia w głębi i wyłaniała się na zewnątrz w postaci łez i krzyku.
Starałam się po prostu robić dobrą minę do złej gry, a palenie było dobrą alternatywą na częściowe uspokojenie się. 
Po upływie kwadransa usłyszałam szczeknięcie drzwi i postać Mario, wychodzącego na balkon. 
Chłopak obrócił się, zapiął suwak u bluzy i zauważył mnie skuloną na ławeczce.
Podszedł bliżej, kucnął i z troską spojrzał mi w oczy. Jego spojrzenie było tamtej nocy tak cholernie ponętne i piorunujące, że z trudem udawało mi się utrzymać emocje na miejscu. 
- Gabrysia, kochanie ty płaczesz? - przejechał dłonią po moim policzku, wycierając spływającą łzę. 
- Niee... - odpowiedziałam łamiącym się głosem i wybuchłam nagłym płaczem, całkowicie zapominając o tym, że mam być silna. Znowu. 
- Cii, spokojnie... - brunet przytulił mnie mocno i kołysał na boki, próbując uspokoić. - Co się stało? - zapytał, uważnie mi się przyglądając. 
- Nie radzę sobie po prostu ze sprawami sercowymi, to mój odwieczny problem - wyznałam, wtulając się w jego tors.
- Wiesz, podobno z problemami najlepiej się przespać... - zaśmiał się i pocałował mnie w czoło. - Nie wiem co mogę ci poradzić, bo sam mam z tym niemały kłopot. Miłość przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. Musisz wierzyć i działać, to najlepsza rada ode mnie. 
- Dzięki Mario, dobrze, że jesteś. Kiedy nie ma przy mnie Amelii, całkowicie tracę nad sobą kontrolę. 
- Dlaczego jej nie ma? 
- Wyniosła się do Roberta - odpowiedziałam i westchnęłam smutno. 
- Ah, rozumiem - zamyślił się. - Zostać z tobą? Te drewniaki znowu się na pewno spiją i nie będzie można z nimi po ludzku porozmawiać - uśmiechnął się kwaśno.
- To byłaby najlepsza opcja - potrząsnęłam w odpowiedzi głową i pociągnęłam go za rękę do pokoju. 
Położyliśmy się na łóżku, co wywołało u mnie cholerne podekscytowanie i wtuliliśmy się w siebie nawzajem. 
To znaczy ja wtuliłam się w niego, dla jasności. 
Przymknęłam oczy i napawając się obłędnym zapachem jego perfum zasnęłam. 

____________________________________________________________________

Cześć robaczki! Wybaczcie, że znowu tak dużo czasu minęło od ostatniego postu. Mam nadzieję, że zrozumiecie moją sytuację, ale staram się wykorzystać na maksa ostatnie tygodnie wakacji :c 
Dodatkowo jeszcze miałam mały remont u siebie w pokoju i wszystko się przedłużyło.
Dziękuję za kochane komentarze pod ostatnim rozdziałem! Jesteście wspaniałe! 
Kolejny chapter powinien się pojawić w weekend. Mam nadzieję, że się uwinę. Gdyby go nie było - przepraszam :) 
Pozdrawiam skarby i czekam na wasze opinie co do tekstu powyżej, buziaki.
Sognante ;-*